„Inkubator”. Społeczeństwo przyszłości – Obcy, ćpuny, korporacje i życie na sprzedaż. Opowiadanie nawiązujące do klasyki kina S-F.

„Inkubator”

„Feliks Pęk” – podpis zaświecił na czerwono i tak, umową z trzema załącznikami, sprzedałem duszę diabłu. „Umowa cyrografowa” – naprawdę tak to nazwali! Kiedyś wietrzyłem w tym poczucie humoru, ale chyba wyszło im tak przez przypadek. Chcieli nawiązać do tradycji, lecz nie pogrzebali dobrze w źródłach. „Umowa cyrografowa zawarta w dniu … pomiędzy Brand’s Co. Poland reprezentowaną przez …, zwaną dalej kupującym, a …, zwanym dalej sprzedającym…”. A niżej, na kilkunastu stronach drobne paragrafy, których i tak nikt nie czytał, bo wszyscy wiedzieli, o co chodzi. „Sprzedaj się i rób, co chcesz”  – kłuło w oczy na wszystkich kanałach Holo. To była wersja gości od marketingu, bo na ulicy mówiło się po prostu „Królewska zjeżdżalnia” lub „Zjazda”, a na salonach elegancko „Inkubacja”.

         Mecenas Tyrell  uśmiechnęła się, wprowadziła swój podpis i podała mi moją kopię.

– Gratuluję, panie Feliksie. Właśnie zaczął pan nowe życie.

         Tak po prawdzie, to czekało mnie jeszcze parę dni w klinice, ale miała rację – zaczęła się Zjazda.

Nie muszę chyba mówić, że ludzie nas nie lubili? Szczególnie, ci „dobrzy”. Byliśmy dla nich jak utracjusze-kamikadze. Co gorsza, wpadaliśmy na ich salony, przynosząc ze sobą smród rynsztoka. Większość z nas to byli prostacy z Dołów po trzech klasach podstawówki. Wjechaliśmy najdroższymi wozami, w otoczeniu dziwek i żigolaków, naćpani, mający za nic ich zakłamane zasady. A potem odchodziliśmy na zawsze, pozostawiając ich w strachu przed naszą spalającą witalnością i beztroską. Lubili nas tylko alfonsi, dilerzy i sprzedawcy samochodów.

         Nie każdy mógł zostać Inkubatorem. Inaczej, jak mawiał mój przyjaciel Wit, problem slamsów rozwiązałby się sam. Niestety, przede wszystkim trzeba być zdrowym jak koń. Kiedyś nie miało to znaczenia. Znaczy się, podczas wojny, oczywiście. Bum i po inkubacji! Ale pięć lat to nie w kij dmuchał i nie można sobie pozwolić na ciężkie choroby, czy nowotwory. Możesz pić, ćpać, szaleć, ale musisz przeżyć do rozwiązania. Dla tego też, szybko wprowadzili badania psychologiczne. Za dużo było takich, co po ustawieniu rodziny skakali z okna lub rozbijali się rozpędzonym Ferrari AV. Każdy taki wypadek oznaczał wielkie straty dla korporacji, a właściwie to dla Nich, bo Brand’s był tylko pośrednikiem.

         Zawsze wkurwiało mnie, kiedy ktoś mówił, że się sprzedaliśmy, że cyrografy, to neo-niewolnictwo i kanibalizm. Zwykle celowali w tym jacyś pożal-się-Boże-profesorowie i dziennikarze, bo duchownych już nawet nie liczyłem. Kiedyś, kiedy mi jeszcze zależało, dałem się zaprosić na Holo. Przyszedł do naszego klubu jakiś redaktor i powiedział, że chce kręcić program – dyskusja, argumenty za i przeciw i takie tam pierdoły.

– Sprzedał pan swoją wolność i swoją przyszłość! – zaatakował mnie w środku programu jakiś siwy doktor. – Sprzedał pan swoje ciało, a może i duszę za pięć lat hedonistycznego wyuzdania! Sprzedał pan się za narkotyki i prostytutki! Teraz zostały panu jeszcze tylko dwa lata i jak się pan z tym teraz czuje? Nie żałuje pan?

– A nie żartuje pan? – spytałem, a ktoś za konsoletą włączył „średni śmiech”. – Ja właśnie kupiłem wolność, kupiłem sobie pięć lat przyszłości. Pan swoje odziedziczył, wystarczyło trochę się uczyć. Na Dołach nie ma wolności – zostajesz członkiem gangu albo dziwką. Albo jednym i drugim. Na Dołach nie ma przyszłości, bo umiera się młodo – od noża, z głodu, a najczęściej z brudu i braku lekarstw. Pan za chwilę wróci do swojego ogrzewanego domu i pan śmie się mnie pytać, czy żałuję? U Brand’sa kupiłem i wolność i przyszłość. A, że tylko pięć lat? Śmiecie ze slamsów są tanie.

         Uff, niezła mówka mi wyszła, nie ma co, ale naprawdę wkurzyłem się na tego palanta. Nie sądziłem, że to puszczą, ale ktoś z Brand’sa musiał posmarować, bo poszło na Holo następnego dnia, w najlepszym czasie. A kolejnego dnia zadzwoniła do mnie Ewa. Ewa pochodziła z dobrego domu, była biologiem i aktywistką Ruchu Anty-inkubacyjnego. Poświęciła się „dla dobra nauki i ludzkości”, by ujawnić całą prawdę i tak dalej. Jednym słowem, reprezentowała wszystko to, czego nie znosiłem, czyli romans murowany.

         Mechanizm tego systemu był prosty. Po wojnie ktoś w końcu znalazł wspólny język z Ich Królową. Nazwali to „Koegzystencją”, a przetarg na pośrednictwo wygrały korporacje Brand’s i Kento. Kento sprzedawało żołnierzy Obcych stronom różnych wojen za sumę przekraczającą koszt trzech inkubatorów. Potrącało sobie z tego procent, a reszta szła na konto Obcych, a właściwie wprost do Brand’sa razem z zarodnikami o przedłużonym czasie inkubacji. Brand’s musiał tylko znaleźć odpowiednich nosicieli. Wsadzali ci gdzieś pod łopatkę czipa, czyli „cipę”. Od tej chwili cipa regularnie wysyłała sygnały o twoim stanie zdrowia i miejscu pobytu do „kontroli lotów”. Miałeś grypę? Admin przysyłał ci lekarza. Przedawkowałeś? Ambulans zabierał cię na detoks. Kontrola lotów nie lubiła, jak znikało się jej z ekranów, choć każdy bywał czasem w miejscach, gdzie nie było zasięgu. Ale, nim cię wypuścili, musieli cię jeszcze „zapłodnić”. To taki nasz humor – może mało wyrafinowany ale czytałem, że to reakcja obronna. W końcu, kto by chciał rozprawiać o tym, jak to pod narkozą położyli mu na twarzy wielkiego pająka, który wpuścił mu przez gardło małego Obcego? Obcego, który miał rosnąć pięć lat, a na koniec wyjść, rozrywając ci flaki. Dla inkubatora nie było odwrotu. Nim wyszedłeś z kliniki, Obcy wrastał w twój rdzeń kręgowy. Każda próba „aborcji” skończyłaby się śmiercią nosiciela.

         System pękł niespodziewanie pewnego poranka pod koniec czwartego roku.

– Wiesz, Feliks – ziewnęła Ewa – śniła mi się dzisiaj Królowa.

– Królowa? – zamruczałem sennie. – Która królowa?

– Ich Królowa, Królowa Matka. Obejmowała mnie swoim ogonem i…

– Błee, obrzydlistwo – obraz Królowej obejmującej Ewę rozbudził mnie momentalnie. – Nie powinnaś o tym myśleć.

– Nie, to było nawet przyjemne. To znaczy, była taka jak na Holo – straszna  i odpychająca, ale nie zwracałam na to uwagi, bo czułam, że to moja matka. Śmieszne, prawda? – wtedy pierwszy raz uśmiechnęła się w ten zbyt dobrze znany sposób, od którego przechodziły mnie ciarki.

         Pod koniec czwartego roku zarodki zaczynały wydzielać jakieś halucynogeny. Nie wiem, co to było, ale nawet ci w największym ciągu odkładali dragi, przestawali interesować się dziwkami płci obojga, po prostu zwalniali. Zaczynali więcej się uśmiechać, więcej czasu spędzali w Klubie i czuło się od nich jakiś wewnętrzny spokój. Ale to była już oznaka końca. Powoli tracili kontakt z rzeczywistością i pod koniec nie robili już chyba nic, poza jedzeniem, sraniem i tym cholernym uśmiechaniem się. A potem, pod koniec dziewiątego miesiąca piątego roku, przylatywał po nich ambulans Brand’sa. Podejrzewam, że akuszerzy nie muszą nawet wprowadzać cię w zagwarantowaną prawnie śpiączkę. Po prostu „bum!”, rozrywa ci bebechy, a ty wciąż się uśmiechasz i odpływasz w nicość, kiedy coś zielonego wyplątuje się z twoich flaków. Rozmawiałem z paroma takimi inkubatorami w szóstym – siódmym miesiącu, którzy jeszcze kontaktowali. Wszyscy twierdzili, że cztery lata Królewskiej Zjeżdżalni, to nic wobec tych paru miesięcy… czego? Tego właśnie nie potrafili powiedzieć, ale wydawało się to lepsze od amfokainy.

– Nigdy cię o to nie pytałem – spojrzałem jej w oczy. – Powiedz mi teraz, jak dawno zostałaś Inkubatorem? Ile czasu nam zostało?

– Czy to ważne? – odwróciła wzrok. – Naprawdę cię to obchodzi? Czy obchodziło cię, kiedy kończył się czas Wita lub Bereniki?

         Miała rację, wtedy mnie nie obchodziło, bo pieprzenie pieprzeniem, a reguły są jasne, ale teraz…

– Wiesz dobrze, że mnie to obchodzi, że bez ciebie nie mógłbym…

– Cii… – położyła mi palec na ustach. – Widzisz? Popełnili gdzieś  błąd. Nie dziwiło cię nigdy, że inkubatorzy nie łączą się w trwałe pary? Z nikim.

         Właściwie… to mnie to nie dziwiło. Jakoś o tym nie myślałem.

– To te testy – ciągnęła z przejęciem. – Nie wiedziałeś? Wybierają taki typ osobowości…

– Ale po co? Po co mieliby to robić?

– Bo gdybyś się do kogoś przywiązał, gdyby na kimś zaczęło ci zależeć, mógłbyś zrobić coś nieprzewidywalnego, zagrozić procesowi.

         Wzruszyłem ramionami.

– Ale przecież my przeszliśmy testy? Jesteśmy parą samolubnych sukinsynów (i sukincórek). Pomylili się?

– Nie, to nie to. Testy są ok., sprawdzałam – Ewa miała swoje dojścia. – To coś później, już po zapłodnieniu. Niedawno powtórzyłam sobie test. Już bym go nie przeszła.

         Jej zapał tropicielki zawsze mnie fascynował, ale to mi się nie podobało.

– Co to znaczy? Myślisz, że to Oni?

– Nie wiem. Są podłączeni do naszego rdzenia, ale dlaczego tylko my? Może to tylko jakiś skrzywiony instynkt macierzyński?

– Nie podoba mi się to. Zmieńmy temat. Jacy byli twoi rodzice? – Ewa nigdy o nich nie mówiła.

– To dobrzy ludzie – westchnęła – ale zawsze, gdy chciałam zrobić coś wbrew ich woli, pokierować swoim życiem tak, jak ja chciałam, wtedy zawsze mi wypominali, że mnie adoptowali, uratowali przed rynsztokiem. Chyba dlatego zostałam inkubatorem. Nie dla nauki, nie dla ludzkości, ale żeby samej podjąć najważniejszą decyzję – o życiu i śmierci – na którą nie będą mogli nic poradzić. Teraz się do mnie nie odzywają.

– Więc to jest tajemnica Ewy Nowak? – parsknąłem.

– Spodziewałeś się czegoś bardziej… podniosłego? – spytała urażona.

– Chyba tak. Dla wielu jesteś Chrystusem w spódnicy.

– Uciekłam, wybrałam wolność i nic im do tego!

– Przepraszam.

– Nie szkodzi. A twoja rodzina?

         Nie był to mój ulubiony temat, ale sam w to zabrnąłem.

– Ojca nie pamiętam. Matka mówiła, że pochodził z dobrej rodziny. Zostawił ją dla idei i przyszedł do nas, na Doły, zbawiać świat. Nie wiedziałem, czy to prawda, ale za samą taką możliwość nienawidziłem go z całego serca. A, potem…

– Co potem? – spytała. – Zapomniałeś?

– Nie. Matka przed śmiercią powiedziała mi, że nie zginął. Odszedł od nas, gdy miałem dwa lata. Wrócił do tej swojej dobrej rodziny na Saskiej Kępie, został dobrym korpem, znalazł sobie dobrą żonę, z którą ma pewnie dobre dzieci.

– Uciekł od was? I co, próbowałeś go odszukać? Powiedzieć mu, że…

– Po co? – przerwałem. – Żeby powiedzieć „rozumiem cię tato”? Rozumiem, że zostawiłeś barak w slamsach, żonę analfabetkę, dwa brudne, płaczące z głodu bachory i uciekłeś tam, gdzie powinni żyć normalni ludzie? Po prostu pogodziłem się z nim, a do tego nie był mi potrzebny.

– A matka? – Ewa czasem nie wiedziała, kiedy przestać.

– Matka harowała całymi nocami, żebyśmy wyszli na ludzi. Nim umarła, skończyłem dwie klasy liceum i byłem najlepiej wykształconym gnojkiem w promieniu paru kilometrów. Po jej śmierci rzuciłem to, żeby nas utrzymać. Zresztą i tak bym to rzucił. Na Dołach nie lubią inteligencików.

– Mogłeś wyjechać, pójść na studia… – skąd ja to znałem?

– Musiałbym kraść lub sprzedawać prochy. Nim skończyłbym naukę, skończyłbym w jakimś rowie, a nawet, gdyby nie… Nie, stamtąd nie da się uciec, chyba że tak, jak teraz.

         Na tym powinna skończyć się ta rozmowa, ale coś wyraźnie nie dawało jej spokoju.

– Zastanawiam się – zaczęła – czy to my zrobiliśmy społeczeństwo w jajo, czy to ono nas wycyckało?

– A o co ci konkretnie chodzi? – warknąłem, bo zaczynałem mieć tego dosyć.

– No, bo na przykład, czy to ty ominąłeś jego zasady i uciekłeś przeznaczeniu, czy to ono zastawiło na ciebie pułapkę?

– Nie zaczynaj znowu – jęknąłem. – Czy to wasze, naukowców, główne zmartwienie? Wszystko, co miałem na ten temat do powiedzenia, powiedziałem wtedy, na Holo. Wolność to pojęcie z dziedziny ekonomii. Dopiero potem możesz się zastanawiać, kto kogo wyrolował.

– Dużo wiesz, jak na dwie klasy liceum – stwierdziła z drwiną w głosie.

– Dużo czytałem. Za dużo – odparowałem.

– Nie ważne. Możesz być ślepy jak kret, ale mi to, cholera, doskwiera. Bo czuję, że uciekłam z deszczu pod rynnę, że moje pole wyboru jest mniejsze, niż kiedykolwiek.

– Moje wręcz przeciwnie. Ja nie narzekam.

– Więc, nie pomożesz mi? – spytała z tą udawaną rezygnacją.

– W czym, do kurwy nędzy?! – zakląłem, bo już miałem złe przeczucia.

– Wyrwać się. Uciec od tej twojej cholernej ekonomii, od Obcych i od naszych. Choćby tylko na rok.

– Cholera, odbiło ci, kobieto.

         Ale i tak jej pomogłem.

Plan był prosty. Aż dziw, że nikt wcześniej na to nie wpadł. A może wpadł? Przecież i tak by nie powiedzieli. Wieczorem, jak co tydzień, poszliśmy do TotenDanz. Fajny lokal, a do tego głęboko pod ziemią, więc cipy tracą zasięg. W kiblu zmieniliśmy ciuchy na ekranowane. Trochę zabawy z koszulą, taśmą klejącą, alufolią i cipa znika kontroli lotów z ekranu. Długo tak nie można, ale na wieczór w TotenDanz, czemu nie? Przebrani wróciliśmy do domu, gdzie czekał już na nas brat z żoną. Oboje chcieli zjechać Królewską Zjeżdżalnią, ale par nie brali, zresztą ona miała astmę. Za to do naszego planu pasowali jak ulał. Dla nich rok zjazdy, a dla Ewy, dla nas, wolność do samego końca. Po chwili przyszedł doktor i zaczął rozkładać instrumenty w wyklejonej alufolią kuchni. Potem było trochę bólu i dwie cipy zmieniły właścicieli. Zaszyliśmy się w domku na zachodniej Ukrainie.

         Ewa była już w ósmym miesiącu, kiedy zjawili się Adelajda z Bernardem. Przyszli rano. Powiedzieli, że też uciekli i że chcieliby z nami zostać. Przestraszyłem się, że to Brand’s w końcu nas znalazł, ale Ewa kazał mi się zamknąć. Zrobiła się już wtedy trochę nerwowa i apodyktyczna. Pozwoliła im zostać, choć ani Adelajda, ani Bernard nie potrafili wyjaśnić, jak nas znaleźli. Wcześniej nawet się nie znaliśmy. Mówili, że uciekali przed siebie, a kiedy w końcu zobaczyli nasz dom, wiedzieli, że to tego szukali. Nie brzmiało to przekonująco, ale Ewa się uparła i zamieszkaliśmy razem. Już wtedy coś przeczuwałem, ale nabrałem pewności dopiero, kiedy sny przyprowadziły do nas Igora i Wierę. Ja też zacząłem się już wtedy kończyć i mnie też zaczęły toczyć toksyny. Kiedy zamykałem, oczy czułem bliskość bratnich dusz, czułem rodzinne gniazdo. A kiedy otwierałem oczy, wiedziałem już, że Oni okpili Brand’sa, okpili Kento, okpili nas wszystkich. Nawet, jeśli ktoś się już tam zorientował, nie zdążą nas odnaleźć. Tu – i w ilu jeszcze miejscach? – rodzi się nowe stado, a wojna wybuchnie na nowo, lecz tym razem na naszej Ziemi. Na ich ziemi? Następne pary przyszły już po śmierci Ewy, która zmarła przy porodzie. Prosiła, żeby, jeśli to będzie syn, nazwać go Nostromo. Ale to była córka, więc nazwałem ją po matce. Jest trochę podobna do babki, Ewa, moja mała Królowa.

         Zbliżają się narodziny. Często śni mi się, że On pływa we mnie, że zjada mnie od środka. Ale za chwilę, to ja pływam w czymś wilgotnym i ciepłym i wiem, że niedługo opuszczę to bezpieczne miejsce, by zostać strażnikiem mojej Królowej. Jest mi wtedy bardzo dobrze, a po przebudzeniu nie rozróżniam już imion, ani twarzy. Widzę tylko robotnice i żołnierzy. Czy to będzie nagroda – jakiś rodzaj nieśmiertelności? Nie wiem, bo nawet gdy odchodzą senne majaki, nie potrafię już sobie odpowiedzieć, czy to Oni nas wycyckali, czy to My ich zrobiliśmy w jajo? A może jedno i drugie? Chciałbym tylko wiedzieć, czy Feliks Pęk miał w tym wszystkim jakieś znaczenie?

® Jakub Urbańczyk 2002 (ed. 2019)