Dziś (01-08-2021) kolejna rocznica wybuchu Powstania Warszawskiego. Znów w paru miejscach w Warszawie ostrzyżeni na jeża faceci w koszulkach z kotwicą będą palić race i znów będą drzeć się „cześć i chwała bohaterom” i śpiewać hymn. Większość − jedni z szacunku lub zadumy, inni bo tak wypada − zatrzyma się po prosu na minutę gdy zawyją syreny. A jedni i drudzy − mając swoje wyobrażenia lub fantazje, lecz nie mając pojęcia, jak zachowaliby się o prawdziwej „Godzinie W”. Wtedy, wśród innych zwykłych ludzi, którzy w przytłaczającej większości nie planowali być bohaterami; najpewniej w ogóle nimi być nie chcieli − nie w ten sposób i nie za taką cenę.

Krótkie opowiadanie „Kasandra ’44” powstało w większości dobrych kilkanaście lat temu. Potem czekało w komputerowej szufladzie, by może stać się kiedyś zaczątkiem książki. Ale po co rozdymać do kilkuset stron historię, w której wszystko, co było do powiedzenia, udało się zawrzeć na pięciu? Oczywiście, to nie próba relacji historycznej, raczej rodzaj impresji − migawki z miejsca tragedii.

„Kasandra’44”

Tyle wiem o tym, co będzie, a nie pamiętam niczego z tego, co było.

Urodziłem się w wieku dwudziestu-paru lat, wypchnięty potężnym skurczem spomiędzy tylnych drzwi gestapowskiej więźniarki. Wysłużonej ciężarówki, która cudem uciekła z lasu pogiętej stali pod Kurskiem i stanęła na zawsze, wydając mnie na świat na ulicy Kruczej w Warszawie wiosną czterdziestego czwartego. Huk, szarpnięcie, parę razy zaterkotał karabin. Ktoś wyrwał drzwi i oślepiło mnie światło. Ktoś przeciął stalową pępowinę, a ja pierwszy raz w życiu nabrałem powietrza w płuca i zaniosłem się głośnym krzykiem. Ktoś chwycił mnie pod ręce i pociągnął, bo jeszcze nie nauczyłem się chodzić.

Podobno w czasie akcji zginął mój przyjaciel, ale jego imię nic mi nie mówi. Podobno moja rodzina wyjechała w zeszłym roku z miasta. Podobno dobrze sobie radziłem z pistoletem. Podobno uczyłem na tajnych kompletach. Podobno… Czasem śni mi się, że ktoś mnie bije po głowie, żebym sobie to wszystko przypomniał, ale wszystkie imiona i twarze uleciały. Opiekuje się mną jakaś dziewczyna. Miła, ale czy wie, bo ja sam nie wiem, o kogo się troszczy?

Gdy tylko nauczyłem się mówić, spytałem ich, po co mnie wyciągnęli, jaki to miało sens? Przecież ktoś zginął. Przecież niedługo my też zginiemy, przecież zginie całe to wymęczone wojną miasto. Przecież Niemcy, przecież Sowieci… Ale tylko patrzyli na mnie jak na wariata. A teraz mogą już nie słuchać moich pytań i śmiać się z moich snów, bo wiedzą, że coś jest nie w porządku z moją głową. Rzeczy przyszłe wyparły rzeczy przeszłe. Za dużo wiem, za dużo odkryło mi jutro. Jak bezwstydna fordanserka, która pod kwiecistą sukienką kryła tylko spróchniały, omszały szkielet. We śnie widzę gruzy – teraz zresztą już i na jawie – obce czołgi, bezpiekę i kraty… Niemal czuję ciosy i kubły zimnej wody. Co ja bym tam wtedy robił – po wojnie – okaleczony psychicznie, społecznie, historycznie? Tu jeszcze nikt tego nie rozumie, ale już zaczynają przeczuwać. Ale nie mówię już nikomu. Założę się, że z Kasandrą nikt nie chciał pić.

Histeria dziewcząt, panika chłopców przystrojone biało-czerwoną opaską robią za bohaterstwo; dziadowskie uzbrojenie za heroizm. Nie mają broni? – to sobie zdobędą. Czołgi, artylerię, samoloty… Ale póki co, dziewczyny lgną do każdego, kto chce je przytulić. I w wolnych chwilach, kto akurat nie pije, nie walczy, ten gzi się po kątach. Po bożemu rzecz jasna – tu nawet zagłada przegrywa z bigoterią. Księżom już czasem się myli, czy teraz ślub, czy pogrzeb. Znam dziewczynę, która w parę tygodni została podwójną wdową, a jutro sama zginie, próbując podpalić czołg. Kruche związki zbudowane na rozszarpanych bombami emocjach. Ja, na przykład, przedwczoraj ożeniłem się z Nelą. Miła dziewczyna. Tłumaczyłem jej, że mamy tylko parę dni, ale nie chciała słuchać.

– Choćby na parę godzin – szepnęła. – Coś musi dać odpór tej nienawiści, temu strachowi.

– Kocham cię – powiedziałem głaszcząc jej krótkie włosy; szczerze, choć jeszcze przed chwilą wcale jej nie kochałem.

– Ja też cię kocham – odparła tak samo.

Czy powinienem teraz zmienić swój śmiertelny zamysł? Oczywiście, mógłbym przeżyć, jest taka możliwość. Zdychałbym potem parę lat w komunistycznym więzieniu, a później dogorywał gdzieś bez sił w towarzystwie wódki, tak samo pokaleczonej żony i dzieci, które będą się wstydzić i nigdy nie zrozumieją. Lepszy będzie szczęśliwy strzał nieszczęśliwego Niemca. Trafi mnie smutny, zmęczony gefreiter, nie tak dawno subiekt w aptece w Gdańsku. Jest przestraszony i jeszcze nigdy nikogo nie zabił. To będzie szczęśliwy strzał smutną kulą.

Wojenna gospodarka zna dwie waluty. Za filipinkę kupisz bimber, za bimber parabelkę, za parabelkę znów bimber, a za bimber stena. Nie, bimber wychlasz z kumplami, bo przecież stena i tak ktoś zaraz ukradnie − razem z ostatnią kostką cukru i obierkami ziemniaków. Całe wojsko nawalone kiedy tylko można, inaczej się nie da. Najgorsze, kiedy nie dotrze transport lub pocisk wpadnie w instalację. Oni zresztą też piją. Kiedyś wzięliśmy posterunek – połowa Niemców ledwo stała na nogach. To był ten rzadki przypadek, kiedy widziałem, z kim walczymy. Podobnie zmęczone, brudne twarze, a w oczach ten sam zwierzęcy strach. Na akcji widzisz tylko cienie, kawałki hełmów, kurtek, dymy i błyski. Ktoś strzela, gdzieś strzelasz, kula rozłupie cegłę obok twojej głowy, przebiegnie jakiś kształt i wszyscy w koło coś krzyczą. A potem, jeśli to dobry dzień, biegniesz i potykasz się o ciała. Ale nie patrzysz na ich twarze, bo jeśli jesteś pierwszy, zabierasz broń, manierkę i buty, a jeśli nie, to klniesz i przeskakujesz za następny mur. A strzały znikąd znów kruszą cegły, więc seria na oślep, a potem granat i puszczasz przodem kolegę by złapać oddech i dalej, dalej…

Zastanawiam się, jakie powinny być moje ostatnie słowa. Chyba jakieś przekleństwo – bardziej do naszych, niż do tamtych – tamci i tak będą smażyć się w piekle. Co wy sobie, kurwa, myśleliście, zaczynając tę skazaną na zagładę szopkę? Ale wiem, wiem, że musieli. Ten odwieczny rytuał daremnego przelewania krwi − na darmo i za darmo. Ciążą im te krzywe pokolenia, o których ja szczęśliwie zapomniałem. Lecz co mnie, w takim razie, tu zatrzymało, mimo tej całej daremności? Patriotyzm? Gdyby tylko polegał na strzelaniu sobie w łeb… Lojalność? Chyba nie wobec tych zaszczutych cieni i miasta, którego już nie ma. Fatalizm? To prędzej, ale też nie. To raczej predestynacja. Mogę mieć w dupie to wszystko, a jednak jakaś harmonia by pękła, gdyby mnie tu nie było. Jakiś ład ukryty gdzieś tu w środku i tam, na niebie. Widać krzywizny tkwią głębiej, niż sięga pamięć i nie rozprostuje ich nawet prekognicja. Jakieś równanie głębokie jak grupa krwi.

Zaprzyjaźniłem się z Marcelem. Przed wojną był zecerem na Nalewkach i nie wierzy już w Boga. On raz już to wszystko przeżył – w Getcie. Zna to piekło najlepiej ze wszystkich, ale i tak nie dali mu broni – broń jest dla Polaków. On również wie jak to się skończy i też brnie dalej. Dlaczego został tu, gdzie nikt go nie prosił, gdzie nic go nie czeka, gdzie nikt go nie chce?

– Ja nie mam już dokąd pójść, ani z kim – odpowiadał z melodią, jakiej już nigdy nikt nie usłyszy na Muranowie.

Nieprawda,  ja wiem, że on też tak musiał. To samo równanie krwi ważniejsze od metryki chrztu, żeby zgadzała się suma zdarzeń. Można się wypierać, udawać lub uciekać, lecz starczy szklanka wódki i parę patetycznych nut, a skaza chwyta za gardło i każe wracać, hej, kto Polak na bagnety!

– To musi być coś z wodą z Wisły – snuł domysły Marcel.

…Pałacyk Michla, Żytnia, Wola, bronią się chłopcy spod Parasola… Dużo się u nas śpiewało. Patriotyczne pieśni i kulawe rymowanki o tym, jacy to jesteśmy dzielni. Dobrze tak sobie czasem pośpiewać. Aż któregoś dnia jacyś Kałmucy, czy Azerowie w faszystowskich mundurach atakujący naszą barykadę popędzili przodem cywilów z dziećmi. Kapitan, waląc głową w ścianę, kazał bronić i obroniliśmy, ale potem nie było już chętnych do śpiewu.

Poskarżyłem się Marcelowi, że nawet ja, z całym swoim bagażem wiedzy objawionej, nie umiem czasem uciec od patosu i od mitu. Pokiwał ze zrozumieniem głową.

– Naszo-waszą historię  w i n n i  pisać Niemcy. Wyrokiem Wiecznego Trybunału skarzemy ich kiedyś na prace społeczne w ośrodku dla mitomanów.

Po ulicach i kamienicach panoszy się bandyterka. Przedwojenni i wojenni apasze, złodzieje, bandyci powyciągali broń i terroryzują cywilów, gotowi strzelać do każdego bez względu na mundur. Samozwańczy szefowie podwórek niepodlegli nikomu i nikogo nie słuchający. Przetrząsający ruiny szabrownicy. Niektórych rozbrajamy, było parę sądów polowych, ale innych nie, bo trzeba bić Niemca, nie strzelać się ze swoimi. Na strzelanie się ze swoimi będzie przecież dużo czasu po wojnie.

Nie tak dawno ludzie nosili nas na rękach. Teraz poszczuliby nas psami, gdyby wszystkich nie zjedli. Niedługo niektórzy będą próbowali rozbierać nasze barykady. Zmęczone twarze pełne złości lub wyrzutu. Mają rację, ludzie będą pamiętać o dzielnych chłopcach i dziewczętach z AK. Nikogo nie wzruszy pamięć o starej pani Ząbkowej, która częstowała nas zupą, zanim kamienica na Powiślu zawaliła jej się na głowę. Ani o Heńku lat sześć i pół, który strzelał z patyka, nim jakiś Niemiec zastrzelił go razem z matką z prawdziwego karabinu gdzieś na Woli. Cywilom nikt nie dał wyboru – kazaliśmy im ginąć razem z ich miastem, więc giną tysiącami i dziesiątkami tysięcy. Dziesięć martwych pań Ząbkowych i dziesięciu zabitych Heńków na jednego poległego powstańca.

Dlaczego to ciągniemy? Wolność? Nigdy nie mogło jej być, to tylko sierpień zawrócił ludziom w głowach. Godność? Żyjemy jak szczury i giniemy jak szczury. Wymieniać dalej? To tylko strach. Bo brud, głód i śmierć przynajmniej są pewne, nadają kierunek i sens. Ale co będzie, kiedy przestaniemy? Zdziesiątkowani, bez domów, na łasce i niełasce. Dlatego każdemu, kto by chciał zatrzymać ten korowód śmierci – kula w łeb!

Jeśli kiedyś postawią nam pomnik na tej kupie gruzów, nie powinno zabraknąć na nim szczurów, wszy i zimnych jesiennych nocy. Pomnik Małego Zawszonego Powstańca szczękającego zębami każdego wrześniowego poranka. A dla Marcela pomnik Bohaterów i Szczurów Getta. Ale to trochę, jakby stawiać pomniki biczownikom. Jaki kamień udźwignie wszystko co nam się należy? Za tę naiwność i za to cierpienie. Za to niechciane bohaterstwo i za otwarcie piekła… Trzeba by sypać pomniki-kurhany z tych gruzów w około.

Spudłował! Obudziłem się w ciemnej, wilgotnej piwnicy. Za co? Nie dość tych dwóch miesięcy z przekleństwem wyroczni?! Nie czuję lewej ręki. Źle się wychyliłem? Niemcowi drgnęła ręka? Dmuchnął wiatr? Przekleństwo! … Już sobie przypominam – to Marcel! To Marcel wypchnął mnie z mojego grobu. Skoczył, inna kula przeszyła mi ramię, a ta jedyna rozbryzgała tysiąc kawałków jego mózgu na tysiąc kamieni Warszawy. Od jak dawna to planował, słuchając z udawanym lekceważeniem moich snów? Ten wszarz ukradł mi mój szczęśliwy strzał i zepchnął w kolejny krąg piekła!

Ktoś chlusnął mi w twarz zimną wodą, zapaliło się ostre światło, a ręka znów zaczęła boleć.

– I co? Zaczniesz gadać, reakcyjna świnio?!

Znów czekam na KONIEC.

®Jakub Urbańczyk 2006/2009 (ed. 2021)

Każdy ma prawo oceniać Powstanie Warszawskie po swojemu. Heroizm powstańców jest poza wszelką dyskusją (podobnie niemieckie zbrodnie). Myślę jednak, że trzeba było nie mieć za grosz wyobraźni wtedy (lub na odwrót – mieć jej w nadmiarze), by podjąć decyzję o jego wybuchu i z pewnością trzeba nie mieć jej dziś, by wspominać to wydarzenie inaczej, niż jako narodową tragedię. Próby robienia z tego wielkiego, krwawego dramatu jakichś „63 dni chwały” itp. są zwyczajnie niesmaczne. A politycy, którzy dziś ze swojego wygodnego stołka mówią „było warto” zapewne dawno nie oglądali zdjęć tego morza ruin i zapomnieli o ok. dwustu tysiącach ofiar. Cóż, spór o sens rozkazu wybuchu powstania trwa od sierpnia 1944 r. i pewnie nigdy się nie zakończy.

A! Jeszcze jedno. Paru ostatnich powstańców, których co roku pokazują w telewizji, już dawno prosiło, by nie zakładać koszulek z powstańczą kotwicą (bo to nie marka odzieży), nie oklejać nią samochodów (bo to nie znaczek „dziecko w aucie”), nie palić rac (bo to nie mecz ligowy) i nie kupować plastikowych hełmów z biało-czerwoną tasiemką (bo to nie odpust). Wystarczy prawdziwa minuta ciszy. Ale, kto by ich tam słuchał.